Czas się przenieść 2009-05-03 17:02:33

Z tych czy innych powodów postanowiłem przenieść bloga w inne miejsce. Tu zostanie to, co już jest, natomiast rzeczy nowe pojawiać się będą tylko na wordpressie Tamże i inne blogi: peterlin, lahestani, glossografia i learninglezgi

Tagi: meta

skomentuj (0)

Nowe linki maryjskie 2009-04-11 11:18:39

Za pośrednictwem ugrofinistycznego (i nie tylko) blogu "Bezoumnie" odkryłem nowe maryjskojęzyczne publikacje internetowe:

Tygodnik "Kugarnja" - [mari] maryjskojęzyczny tygodnik, w sieci od 2008

Blog stowarzyszenia kulturalnego "VijAr" - [mari] studenckie stowarzyszenie kulturalne z Joszkar-Oly

Zapraszam do zapoznania się z resztą maryjskich linków i moimi pozostałymi stronami o maryjskim.

 

Tagi: nowości, linki, mari, maryjski

skomentuj (1)

Harakiri czy seppuku? 2009-03-16 19:15:04

To drugie właściwsze. Charakterystyczne, że w językach europejskich przyjął się raczej nieelegancki termin "harakiri". Ale ja nie o tym, lecz o niedawno kupionym i ponownie obejrzanym filmie. "Seppuku" autorstwa Kobayashi Masaki.

Dlaczego polecam (bo polecam)? Bardzo ładne kompozycje kadru, oszczędna elegancja. Muzyka budująca nastrój, instrumentalnie i brzmieniowo japońska, tj. taka że mi się akurat z Japonią kojarzy. Fantastyczny Nakadai Tatsuya w roli głównej - głęboki głos, bezczasowe oblicze, równie dobrze dasz mu 30 co 60 lat. Historia opowiedziana sprawnie, narracja tak zbudowana, że wodzi widza za nos i zmusza do przewartościowania, raz już poczynionych ocen postępowania poszczególnych postaci. Nie ma tu jednak tak częstego w efekciarskich thrillerach kilkukrotnego odwracania kota ogonem w ostatnich piętnastu minutach, tak że psychopatą na bank okazuje się tropiący psychopatę detektyw. Wymuszona zmiana perspektywy to głos w dialogu na temat rycerskiej obyczajowości Japonii epoki samurajskiej.

Nie chcę odbierać przyjemności z oglądania filmu, więc z konieczności skończę na ogólnikach. Otóż Kobayashi polemizuje z mitem samurajskości, której ideały przegrywają z prozą życia i ze słabością ludzką. Wskazuje, że wyrafinowana grzeczność może kryć pogardę, a dbałość o formy - hipokryzję. Dla samurajów w filmie (ważne! nie wszystkich!) od honoru ważniejszy jest jego pozór, i nie wydaje mi się, by film odbiegał tu od rzeczywistości. Sprawiedliwość przegrywa, małość tryumfuje, bo nie ma skrupułów.

Dokonując demontażu mitu bushido Kobayashi jednocześnie buduje go na powrót. Jego bohaterowie, choć wypadają poza nawias samurajskiego kodeksu rozumianego literalnie, to jednocześnie wypełniają jego ducha. I tu jest szczególna siła filmu, który kwestionując pewien zestaw norm etycznych, nie stacza się w nihilizm. 

Tagi: film, japonia

skomentuj (2)

Języki nguni 2009-03-03 19:00:06

Przy okazji pisania o zuluskim i xhosa wspominałem już o grupie nguni do której oba te języki należą. Dziś trochę więcej wyjaśnień o niej.

 

Nazwa nguni pochodzi od nazwy charakterystycznego gatunku bydła (mieszanka zebu i zwykłej krowy) który przywędrował wraz z ludźmi nguni do południowej Afryki. Albo może i było odwrotnie – nazwa bydła wzięła się od nazwy ludzi. Pojęcia nie mam. Jedno co pewne, to to że nguni – oczywiście nie wszyscy - do dzisiaj są ze swoim bydłem związani, powiedziałbym, egzystencjalnie, a wiele aspektów ich kultury jakoś powraca do „wartości pasterskich” (im więcej masz krów, tym ważniejszy jesteś; zawsze należy być gotowym do walki w obronie stada).

 

No a kto to są ci nguni? Najkrócej mówiąc, nguni to ogół pokrewnych kulturowo i językowo klanów (społeczności wywodzących swój rodowód od wspólnego przodka), łączących się w szereg odrębnych ludów/narodów (Zulu, Xhosa, Ndebele, Swati) bądź mniej lub bardziej niezależnych. Proces łączenia się klanów w większe jednostki polityczne jest fascynujący, ale zbyt mało o nim wiem, by mówić tu coś więcej. Przejdźmy zatem do języków.

 

Wśród języków nguni wyróżnić można dwie podgrupy, nazywane zwyczajowo ‘tekela’ i ‘zunda’. Do drugiej z nich, zdecydowanie większej, należą: zuluski, xhosa, zimbabwańskie ndebele oraz niektóre odmiany ndebele z RPA. Nazwy języków tworzących podgrupę ‘tekela’ są dużo mniej znane: swati, phuthi, bhaca, hlubi, cele, lala oraz reszta odmian ndebele z RPA.

 

Najłatwiejszą do wychwycenia, choć z pewnością nie jedyną, różnicą pomiędzy obiema podgrupami jest zamiana ‘z’ (w zunda) na ‘t’ (w tekela), która jest przyczyną dziwacznego faktu, iż państwo swatich po angielsku nazywa się „Kingdom of Swaziland” a w swati „Umbuso weSwatini”. Najwyraźniej Anglicy konsultowali nazwę z Zulusami (którzy mówią zunda), a nie Swatimi (tekela), a potem już się przyjęło. 

 

Jak bliskie są sobie te języki? Najprościej pokazać to na przykładach. Poniższe wziąłem z wikipedii, w paru przypadkach zmieniając kolejność wyrazów, by we wszystkich szyk był ten sam:

 

„Tylko trochę rozumiem po angielsku”:

 

Ndiqonda kancinci nje isiNgesi (Xhosa)

Ngiqonda kancane nje isiNgisi (Zulu)

Ngiqonda kancane nje isiNgisi (Ndebele)

Ngicondza kancane nje siNgisi (Swati)

Givisisa kanci tejhe siKquwa (Phuthi)

 

„Podobają mi się twoje nowe kije”

 

Ndiyazithanda iintonga zakho ezintsha (Xhosa)

Ngiyazithanda izintonga zakho ezinsha (Zulu)

Ngiyazithanda izintonga zakho ezintsha (Ndebele)

Ngiyatitsandza tintfonga takho letinsha (Swati)

Giyatitshadza titfoga takho letitjha (Phuthi)

 

O kijach i do czego ich używać będzie kiedy indziej, teraz tylko zaznaczę, że przykłady mogą być nieco naciągane - wg. mojej wiedzy i w zulu i w xhosa ‘kije’ to nie iintonga ale iinduku/izinduku (nazwa ogólna) lub izinti (takie do walki) czy izindondolo (takie do podpierania się).

 

W każdym razie bliskie pokrewieństwo wszystkich jest doskonale widoczne. Wyraźniej odstaje phuthi, ale tylko słownikowo – struktura ta sama. W ramach grupy zunda (xhosa-zulu-ndebele) różnice są tak małe, że w zasadzie można je pominąć. Dlaczego jednak tego nie robimy i mówimy o zulu, xhosa i ndebele jako o odrębnych językach? Otóż dlatego, że ich użytkownicy znacznie różnią się kulturą i obyczajem (b. różne są np. obrzędy inicjacyjne). Nie ma między nimi poczucia wspólnoty, są za to historyczne zaszłości i – często jeszcze – całkiem współczesna niechęć. A że świadomość językowa często idzie krok w krok z narodową, mamy co mamy.

 

Bliższych wyjaśnień wymaga kilka kwestii związanych z zimbabwańskim ndebele, a raczej z tym, dlaczego tak mało różni się on od zulu, mimo całkiem sporego geograficznego dystansu. Szczęśliwie się składa, że historię ndebele znamy dokładnie, bo jest ona świeżej daty. W okresie wielkiego zamętu wywołanego podbojami Shaki, jeden z zuluskich dowódców, Mzilikazi, zbuntował się, zebrał swoje siły i ruszył na północ. Było to w 1822. Migracja jakich wtedy wiele, tyle że ta szczególnie skuteczna – wędrowcy osiedli na południu obecnego Zimbabwe i są tam po dziś dzień. Tyle, że nie nazywają się Zulusami, a Ndebele. Niecałe 200 lat, to bardzo mało dla różnicowania się języków.

 

Jednak nie wszyscy Ndebele dotarli do Zimbabwe, część po drodze osiadła na terenach ówczesnego Transwaalu. Ponieważ w ogóle był to okres migracji, transwalscy Ndebele zostali podzieleni na dwie grupy, oddzielane osadnictwem innych ludów. Stąd dziś mamy do czynienia nie z jedną, a z trzema różnymi grupami Ndebele: jedną w Zimbabwe (tych najwięcej) i dwiema w RPA (jedna to tzw. Nrebele - ci powoli się asymilują, wtapiają w sąsiedni lud Sotho), każda z trochę innym językiem (różnice głównie pod wpływem sąsiadów – w Zimbabwe to Shona, w RPA – Sotho bądź Swati).

 

Pozostaje jeszcze wyjaśnić szereg innych, nikomu chyba nie znanych, nazw etnicznych i językowych:

Swati to podstawowa ludność państwa Swaziland, żyjąca oprócz tego także w RPA

Phuthi to niewielka (ok. 20 tys.) grupa etniczna zamieszkująca południowe Lesotho i mówiąca językiem, który kiedyś był bardzo bliski swati, jednak obecnie znajduje się pod przemożnym wpływem sotho.

Hlubi, Bhaca (czyli ‘uciekinierzy’), Cele i Lala to klany mówiące językami, często klasyfikowanymi jako dialekty xhosa (chociaż są tekela czyli różnią się od xhosa bardziej niż zulu!). Xhosańskość Bhaców czy zwłaszcza Hlubich bywa czasami (ale nie zawsze) kwestionowana – do różnic językowych dochodzą także kulturowe. 

 

Tyle o Ngunich i ich językach. W ślad za tym tekstem pójdą, mam nadzieję, następne, traktujące o kolejnych podgrupach języków bantu.

Tagi: afryka, języki

skomentuj (0)

Po przerwie... ekspansja 2009-03-01 17:11:10

Porzucony na kilka tygodni blog nie został wcale zapomniany. Wracam z wieściami o uruchomieniu bliźniaczego (czyli traktującego o tym, co tylko przyjdzie mi do głowy) dziennika sieciowego, ale pisanego po angielsku. Chętni poczytać niech skierują się tutaj.

 

Ale to jeszcze nie wszystko... w tak zwanym stosownym czasie powstaną i blogi następne. A będzie ich ćma nieprzeliczona. Czyli - na początek – trzy. Najpierw kolejny anglojęzyczny, ale z wąsko zakreślonym tematem (którym będzie mój ulubiony język lezgiński), potem ogólnonarcystyczne: rosyjski i persko-dari-tadżycki. Jeszcze później – włoski i węgierski, i na nich się pewnie nie skończy.

 

Jak właściwie brzmiało to przysłowie o srokach i ogonach?

 

Z innych wiadomości:

--> Bardzo fajny portal tematyczny afryka.org uruchomił właśnie (no dobrze, parę dni temu) forum dyskusyjne. Chcesz pogadać o Afryce – zarejestruj się i pisz.

--> Osoby źle mi życzące mogą zacierać ręce i cieszyć się na zapas. Powziąłem mianowicie, po raz nie wiadomo już który, zamiar nauczenia się kolejnego dziwnego języka, którego znajomość jest mi tak naprawdę do niczego nie potrzebna. Tym razem idzie o nauczenie się ormiańskiego, a cezurę czasową wyznacza lipiec. Próba ta, obstawiam mając w pamięci poprzednie, zapewne skończy się kompromitującą klęską, ale w niczym nie odbiera mi to radości uczenia się.

Tagi: ja, blog, ogłoszenia

skomentuj (0)

Zapytajmy o pytania 2009-02-09 19:29:35

Motto na dziś:

Dyplomatycznie wybadałem ich stanowisko metodą  pytania wprost

- powiedzenie mszetowskie

 

Kto pyta... ten czasem błądzi. Podróżując po Azji Środkowej, Iranie czy innych rejonach świata czasem ma się niemiłe wrażeni, że choć niby wszyscy wszystko wiedzą, ale każdy kręci. Siedzi sobie tubylec pod wiatą przystanku, podchodzisz, pytasz kiedy autobus. W odpowiedzi streszcza ci cały rozkład, bardzo uczynny i miły. Tylko potem okazuje się, że ostatnie połączenia zlikwidowano dziesięć lat temu.

Problem w tym, że dla wielu ludzi przyznanie się do niewiedzy (i to wobec cudzoziemca, który z definicji jest zagubionym dziwakiem potrzebującym pomocy) równa się niesprostaniu oczekiwaniom, utracie twarzy. Pyta mnie, znaczy – powinienem wiedzieć.

Sytuacje turystyczne to w tym tekście tylko pretekst - nie chodzi mi o dawanie na nie recepty, bo chyba takiej nie ma. Chciałbym raczej zwrócić uwagę na, chyba dość rzadko uświadamiane, duże zróżnicowanie sposobów w jakie różne kultury podchodzą do pytań.

Otóż różnią się one między sobą nie tylko tym o co wypada pytać (np. u jednych grzecznie jest pytać o zarobki/wiek/stan cywilny świeżo poznaną osobę, a u innych bardzo nie wypada), ale i czy w ogóle się pyta. W kulturze w której nie wypada odpowiedzieć „nie wiem” - a zjawisko to można dojrzeć już na Bałkanach – ludzie grzeczni nie zadają pytań, na które rozmówca może nie znać odpowiedzi, typu „a co to za człowiek, ten tam?” tylko mówią „o, ktoś tam jest”. Różnica? Pierwsza wersja domaga się konkretnej odpowiedzi, więc skłania by ją na poczekaniu wymyśleć. Z kolei druga pozostawia rozmówcy swobodę – może powiedzieć „tak faktycznie, teraz widzę”, może „a, widziałem go już tu kilka razy, przyjeżdża na targ” może też „aaa, znam, znam, to taki-to-a-taki” – i w każdym przypadku będzie to sensowny wkład do rozmowy. Niczyja godność ani samoocena nie zostają naruszone.

Są też języki i kultury, np. australijskie, w których model prowadzenia dyskusji praktycznie nie przewiduje czegoś tak osaczającego jak bezpośrednie pytanie, które ma tam mniej więcej taką konotację emocjonalną jak u nas odpytywanie przy tablicy czy przesłuchiwanie (= naprawdę nic miłego). Co ciekawe, w wielu tamtejszych językach, odpowiedniki słów typu „kto?” „co?” „dlaczego?” znaczą w istocie „ktoś” „coś” „z jakiegoś powodu”. Nie „dlaczego to zrobiłeś?” tylko „zrobiłeś to z jakiegoś powodu”. Obowiązującą zasadą nie jest proszenie o konkretną informację, ale jedynie sygnalizowanie luk własnej wiedzy.

Tagi: australia, języki, pragmatyka

skomentuj (0)

Pudzian czyli "Who is the best?" 2009-02-07 15:43:49

Dziś słówko o niebezpiecznym zakręcie kariery Mariusza Pudzianowskiego (zakładam, że przedstawiać nie trzeba - jego fanklub i moja baza czytelnicza to jedno). Nie chodzi tu o - przecież bardzo ryzykowny dla image'u twardziela - udział w "Tańcu z Gwiazdami", ale o mniej znany epizod. Otóż nasz mistrz został zaproszony na zawody siłaczy organizowane na irańskiej wyspie Kisz. A tam... okazało się jak bardzo groźnym przeciwnikiem mogą być irańscy (dez)organizatorzy imprezy i nieprzewidziane okoliczności.

Nie będę tu uchylał rąbka - swoje (i kolegów) perypetie sam Pudzian elokwentnie opisuje na swojej stronie internetowej (link: http://ipd.home.pl/pudzian/news_all.php?id=75). No właśnie - sam Pudzian. Specyfika narracji i jej walory językowe wskazują, że nasz siłacz - w przeciwieństwie do wielu tuzów - sam chwycił za pióro, a nie tylko podpisał się pod cudzym tekstem. Jeśli tak było w istocie - szczery szacunek. By wyjaśnić w czym rzecz, i zachęcić do lektury, cytuję co ciekawsze sformułowania:

"zapowiadały się więc ciężkie, długie a na dodatek w trudnych warunkach zawody."

"Rzadko też na świecie można zobaczyć wesoło grającego na fortepianie wielkiego strong mana o gabarytach młodego Bułgara Stojana Teodorcheva czy Mariusza Pudzianowskiego mierzącego szorty w takt muzyki granej przez Bułgara."

"W przerwie pomiędzy konkurencjami zawodnicy mieli okazję przekonać się jak naród irański jest chłonny zdjęć ze słynnymi zawodnikami, jednak ich temperamenty studzili stopniowo coraz bardziej agresywniejsi policjanci"

"...cała wyprawa mogła wyjechać do upragnionego domu w różnych częściach świata."

"...było to dość specyficzne przeżycie z jednej strony straszne w obawie o swoje życie... "

"...oprócz tego że rywalizują ze sobą w sporcie są też wielkimi przyjaciółmi na co dzień i poza nim"

W stu procentach profesjonalnie napisane to może nie jest, ale obserwacje wyglądają na prawdziwe, a oprócz nich widać też próbę świadomego kreowania własnego wizerunku (Pudzian - urodzony przywódca, który nigdy nie traci głowy).

Poszperałem trochę i okazało się, że Mariusz dba również o promocję poza granicami Polski. Polecam jego filmik reklamowy (link: http://www.youtube.com/watch?v=m8zf8Z9UnuM - naprawdę warto obejrzeć do końca)

I tu także rzuca się w oczy, że facet oprócz rozbudowywania muskulatury, myśli dużo o budowie kariery. Nie wychodzi mu to perfekcyjnie, ale trzeba docenić przedsiębiorczość i inwencję. I po to właśnie jest ta notka.

A ewentualnym prześmiewcom mówię wprost:

NEKST TAJM - JU TRAJ! (patrz 3:15 na filmiku)

Tagi: varia

skomentuj (0)

Pewnego razu w barze "Lotos" 2009-01-30 17:08:21

Scenka, którą przytaczam za nie pamiętam już kim. Opowiadana jako autentyczna, pewnie autentyczna nie jest.

***
Miejsce akcji: Warszawa, ulica Chełmska, bar "Lotos" (lotos to kwiat zapomnienia; nazwa pasuje do miejsca jak ulał).

Dwóch bywalców spiera się o coś z alkoholowym zapałem:
- No i co? Co ty, kurwa, na to?
- Co ja na to? Chujowato!

I na te słowa zza sąsiedniego stolika do rozmowy włącza się trzeci gość zakładu:
- No panooowie, kurrrwa... tak nie można! "Chujowato" to rusycyzm!
***

Co niniejszym poświęcam wszystkim purystom i innym dbaczom o czystość języka

Tagi: varia, języki, niegrzecznie

skomentuj (0)

Hindi dla nieuprzejmych 2009-01-30 14:02:32

W związku ze zbliżającym się wyjazdem do New Delhi odgrzewam sobie znajomość (za duże to słowo) hindi. Na pierwszy ogień trochę inwektyw (zapisanych za b. ciekawym wykładem Magdaleny Ślusarczyk, indolożki z Krakowa wygłoszonym na zjeździe młodych orientalistów):

Standardowo:

lauṛā – ‘członek męski’

ćūt – ‘srom niewieści’

raṇḍī – ‘kobieta upadła’

raṇḍī kā baććā – ‘syn kobiety upadłej’

madar-ćod – ‘uprawiający miłość z matką’


Ciekawiej:

ullū – ‘sowa’, czyli ‘głupek, prostak’ (tak jest!)

kāṭh kā ullū – ‘sowa z drewna’ czyli ‘zakuty łeb’

ullū kā baććā – ‘sowie dziecko’ czyli ‘kompletny głupek’

ćamćā – ‘łyżka, chochla’ czyli ‘pochlebca, wazeliniarz’

dźorū kā g̣ulām – ‘niewolnik żony, pantoflarz’

bihārī – ‘Biharczyk’ czyli w stereotypie ‘ciemniak, wieśniak, bandzior’. Bihar jest stanem ludnym i biednym, a jego język dość odbiega od standardowego hindi. Bieda plus inna mowa to zawsze i wszędzie pole do popisu dla krzywdzących stereotypów.

qasāī – ‘rzeźnik’ czyli ‘brutal, okrutnik’

ćamār – ‘szewc, garbarz, rymarz’ czyli ‘człowiek podły, niegodny’. Skóra = śmierć = nieczystość. 

Tyle na teraz, później dodam może rzeczy bardziej użyteczne (i grzeczne).

Tagi: języki, hindi, niegrzecznie

skomentuj (1)

Francuski ma jednak zalety. 2009-01-30 13:59:51

Francuski nigdy mnie specjalnie nie interesował, a pretensje rodzimych gallofilów (że elegancja, wdzięk i czar, że szczyt wyrafinowania, synonim kultury [kultura francuska jest w sposób oczywisty, wręcz z definicji, wartościowsza od anglosaskiej czy niemieckiej, nespa mą ami?], och-ach, ę-ą, bułkę-bibułką) wręcz od niego odstręczały. Kiedy indziej napiszę, co myślę o często przyjętym uważaniu jakiegoś języka za „z natury elegancki” „szorstki” czy „konkretny”. A nie myślę o tym dobrze.

Wróćmy do rzeczy. O francuskim mówi się często, że zwięzły i precyzyjny. Wątpię. Ale trzeba przyznać, jedno ich słowo trafia w punkt:

Zasłyszane w Brukseli: /dąk, noth ami luksemburżuaz ... cośtam cośtam/

Faktycznie – i luks tam i burżujstwo. Ach, wypada mieć nadzieję, że i u nas się przyjmie:

Państwo: Luksemburg.
Obywatele: Luksemburżuj, Luksemburżujka
Język: luksemburżujski

Tagi: varia

skomentuj (2)

Rodzaj domniemany 2009-01-29 18:51:56

Chyba każdy, kto obserwuje rozwój współczesnej angielszczyzny, zaobserwował interesujące zjawisko odwrotu od traktowania form kojarzonych z rodzajem męskim jako neutralnych, domyślnych. I tak, o osobie trzeciej, co do której płci nie można czynić domniemań, nie pisze się już per "he", ale per "they" (np. w zdaniach typu "If the customer is wrong, they are not your customer any more" , to "they" zauważalnie wypiera rozwlekłe "he or she", a kilkadziesiąt lat temu spokojnie pisano "he"); zamiast "chairman" mówi się "chairperson" itd.

Ciekawe, że "domniemanie męskości" jest w znanych mi językach świata (oczywiście sprawa dotyczy jedynie tych języków, które posiadają gramatyczną kategorię rodzaju) zjawiskiem bardzo częstym. "Klient" z przykładu powyżej, to domyślnie "on"; grupa mieszana traktowana jest gramatycznie tak jak grupa jednolicie męska ("poszliśmy z żoną do kina", a nie "poszłyśmy"). Tak jest nie tylko w polskim, ale i np. w arabskim.

W tym kontekście na szczególną uwagę zasługują języki irokeskie, w których domyślnym rodzajem jest rodzaj żeński.

Przykład z języka Oneida ilustrujący że zaimek "kto" jest w tym języku rodzaju żeńskiego):

úhka' nahte' yakotunháhehle ? - kto jest szczęśliwy (dosł. szczęśliwa)?
Wali yakotunháhehle - Mary jest szczęśliwa (przy okazji - tak, "Wali" to "Mary" po uwzględnieniu ograniczeń fonetycznych Oneida) 
iyvha lotunháhehle - mój syn jest szczęśliwy

Przykład z języka Mingo:

sôká' wa'ehútö' - ktoś zamknął drzwi
yakôkwe wa'ehútö' - kobieta zamknęła drzwi
hôkwe waahútö' - mężczyzna zamknął drzwi

Przy okazji - irokeskie mają jeszcze wiele godnych uwagi osobliwości i naprawdę warto zająć się nimi chociaż najpobieżniej.

Tagi: varia, języki, rodzaj, irokeskie

skomentuj (2)

Isihlonipho - mowa szacunku kobiet 2009-01-28 19:17:37

Poniższy tekst ukazał się po raz pierwszy na moim blogu o językach afrykańskich, publikowanym na stronie Afryka.org. A teraz do rzeczy.

Mam do powiedzenia parę słów o bardzo ciekawym, a mało znanym, zjawisku tyleż językowym, co społecznym. Chodzi o niewymawianie przez zamężne kobiety sylab, wchodzących w skład imion członków rodziny męża. 

Zwyczaj specjalnego modyfikowania mowy przez mężatki w zulu i xhosa nazywany jest ukuhlonipha (dosł. okazywanie szacunku), zaś w sesotho ho hlonepha. Co ciekawe, społeczności południowej Afryki inne niż nguni (=zulu + xhosa + ndebele + swati) i sesotho nie znają go (przynajmniej nie w takim kształcie). W sesotho jest on zdecydowanie mniej rozbudowany i można wnosić, że rozwinął się pod wpływem kontaktu z kulturą nguni. Cytowane niżej konkretne formy pochodzą z języka xhosa.

Na czym polega ukuhlonipha? Najprościej mówiąc, jest to zwyczaj wyrażania szacunku teściom, członkom rodziny męża i/lub przywódcom jego klanu poprzez… niewymawianie ich imion, a nawet pojedynczych sylab wchodzących w ich skład. W ich miejsce mówi się aluzjami, zmienia niektóre dźwięki „zakazanych” sylab, bądź wręcz tworzy nowe słowa.

Np. synowa Mbony zamiast ubona ‘widzisz’ mówi ubheka; synowa Ncaphayi którego bratem jest Ntobeko zamiast undincamisile ‘zadziwiasz mnie’ mówi undi-amisile a zamiast intombazana ‘dziewczynka’ - intikazana 

Mimo, że zestaw słów i sylab objętych językowym tabu jest odmienny dla każdej zainteresowanej (bo zależy od imion krewnych męża), słownictwo jest częściowo ustabilizowane – tj. występują powszechnie znane pary słów zamienników, których można użyć w przypadku konieczności stosowania ukuhlonipha. Niekiedy w xhosa używa się tu zapożyczeń o tym samym znaczeniu wziętych z bardzo bliskiego języka zulu (a w zulu odwrotnie, z xhosa): ukukhuluma zamiast ukuthetha ‘mówić’; albo wyrazów pokrewnych iphoba ‘potylica’ zamiast intloko ‘głowa’, bądź też neologizmów – zamiast umlilo ‘ogień’ - umbaso ‘krzesane’; zamiast ikofu ‘kawa’ – impungo ‘sączone’ itd.

Zasad tego, nowego dla siebie, języka, młoda mężatka uczy się od teściowej i szwagierek. Ukuhlonipha może być stosowane przez całe małżeńskie życie kobiety, lub też (tu występują lokalne różnice) do czasu urodzenia przez nią dzieci. W miastach zwyczaj praktycznie zanikł, ew. występuje w szczątkowej postaci, gdzie miejsce „zakazanych” słów zajmują zapożyczenia z angielskiego czy afrikaans, za to w tradycyjnych wiejskich społecznościach wciąż jest żywotny.

W szczególnych wypadkach, ukuhlonipha dotyczy także mężczyzn. Na przykład słynny Shaka, którego matka nosiła imię Nandi, z szacunku dla niej nie używał form pochodnych od rdzenia –mnandi ‘miły, dobry, smaczny’, zamiast nich tworząc nowe słowo –toti. Swoją drogą, więź łącząca Shakę z mamusią to temat na osobny artykuł.

Być może pokrewnym zjawiskiem jest tzw. isikhetha, czyli specjalny styl mowy chłopców przechodzących rytuał inicjacji, jednak ze względu na kulturowe znaczenie tajemniczości obrzędu, nie dysponuję bliższymi informacjami na ten temat.

Zjawiska podobne do ukuhlonipha prawdopodobnie występują także i w innych regionach Afryki, nie jest ono bowiem czymś szczególnie rzadkim w skali świata. U Aborygenów australijskich częste są tzw. „języki teściowej” (czyli specjalny styl mowy do komunikowania się z teściami) czy też zakaz wymawiania imion pewnych osób. Z kolei zamężne Abchazki i Kabardyjki nie powinny w ogóle odzywać się do mężczyzn – członków rodziny męża. Do samego męża, nigdy nie zwracają się po imieniu, zamiast niego używając specjalnie wymyślonego przydomka. Przykłady podobnych zjawisk zapewne możnaby mnożyć, pozostaje jednak smutnym faktem, że tylko drobny wycinek różnorodności językowo-kulturowej świata jest opisywany w polskiej literaturze, w tym również fachowej.

Główne źródło:  R. Finlayson Women’s language of respect: isihlonipho sabafazi [w:] R. Mesthrie (ed.) Language in South Africa, Cambridge University Press, 2004

Tagi: afryka, języki, pragmatyka, xhosa

skomentuj (0)

Jogizmy 2009-01-28 19:04:11

Yogi Berra poza tym, że się fajnie nazywał, był gwiazdą baseballu, i Hanna-Barbera nazwała na jego cześć misia ze swoich kreskówek, słynął z „jogizmów” – tworzonych mimowolnie naiwnie błyskotliwych powiedzeń. Kilka moich ulubionych:

In theory, there is no difference between theory and practice. In practice, there is.
W teorii nie ma różnicy pomiędzy teorią a praktyką. W praktyce – jest.

Future ain’t what it used to be.
Przyszłość nie jest już taka jak kiedyś.

You can observe a lot by just watching.
Możesz wiele zauważyć patrząc.

I’d give my right arm to be ambidextrous.
Oddałbym prawą rękę, żeby być oburęczny.

Always go to other peoples’ funerals; otherwise they won’t go to yours.
Zawsze chodź na pogrzeby innych; inaczej oni nie przyjdą na twój.

Half the lies they tell about me aren’t true.
Połowa kłamstw o mnie nie jest prawdą.

If you don’t know where you’re going, you’ll wind up somewhere else.
Jeśli nie wiesz dokąd idziesz, wylądujesz gdzieś indziej.

I didn’t really say everything I said.
Tak naprawdę nie powiedziałem wszystkiego co powiedziałem.

(jogizmy stały się tak popularne, że krąży wiele nieautentycznych, wymyślonych)

Tagi: cytaty, varia

skomentuj (0)

Dlaczego filoglota? 2009-01-28 18:59:42

To pierwszy wpis, więc wypada wyjaśnić co i jak. A skoro już „co” i „jak”, to też „dlaczego”, bo to najważniejsze z pytań.

Co? Mój blog, proste. Głównym tematem będą języki, bo zajmować się nimi lubię. Zwłaszcza języki dziwne, rzadko nauczane, do niczego niepodobne, o których mało kto słyszał. Na przykład: lezgiński, xhosa, maryjski, mingo. Brzmi znajomo? No to, myślę, mamy jasność - ja o nich słyszałem, a Ty przeczytasz (jeśli zechcesz).

Cóż jeszcze, oprócz języków? Wszystko, co mnie ciekawi, a jestem ciekawy wszystkiego. Lubię wiedzieć. Jak najwięcej i jak najszerzej, ale nie jak najgłębiej (pierwsze prawo masła: im szerzej smarujesz, tym cieńsza jest warstwa). Konkretniej – książki, filmy, pożyczone słowa. Dziwy świata, antropologia przemocy, pokazy głupoty, ekstrawagancje filozoficzne, cokolwiek innego, co przyniosą myśl i przeglądarka.

Jak? Po swojemu przetrawione, przyprawione i podane. Z ironią i dystansem. Bez wysiłku i banału. Pewnie nieregularnie, pewnie kapryśnie. W myśl zasady: niczego nie obiecuję, by potem słowa dotrzymać.

Dlaczego? Każde pisanie, a już pisanie bloga szczególnie, to tyleż ćwiczenie pióra, ileż ćwiczenie z narcyzmu. Cokolwiek piszący mówi istotnego, mówi o sobie, pomimo wszystkich dekoracji. Więc mamy tu odpowiedź – żeby ćwiczyć pisanie i żeby pławić się w sobie.

Dlaczego filoglota? Bo „lingwista” zbyt mi się kojarzy ze sformalizowaną Nauką – wzory, wykresy, abstrakcje, nudy. Z kolei „filolog” – z grzebaniem się w historii kilku słówek, albo z krytycznoliterackim słowotokiem. Filoglota brzmi zgrabnie i ładnie się tłumaczy. Językolub.

Tagi: ja, blog

skomentuj (9)

Księga Gości